sobota, 21 lutego 2015

Henning Berg : W mojej Legii nie chcę konspiracji [WYWIAD]

Legia tren (2).jpg

TEMPO: Jaka była Pana pierwsza reakcja na telefon od przedstawiciela Legii i propozycję pracy w Polsce?
Henning Berg: Uśmiechnąłem się w duchu, bo wasz kraj kojarzył mi się z … huczną imprezą. Pierwszy raz przyjechałem tutaj w 1993 roku na mecz kwalifikacji do mistrzostw świata w USA. Trafiliśmy wtedy do naprawdę trudnej grupy, z Holandią, Anglią, Turcją i z Polską, ale graliśmy świetnie i na kolejkę przed końcem rywalizacji mieliśmy szansę zapewnić sobie awans. Wystarczyło zdobyć komplet punktów w spotkaniu z waszą reprezentacją w Poznaniu. Udało nam się wygrać i to wysoko, bo 3:0. Nic dziwnego, że po takim sukcesie świętowaliśmy całą noc. Jak widać, mój pierwszy kontakt  z Polską był bardzo przyjemny.
Czyli nie bał się Pan, że przeprowadza się do kraju pijaków i złodziei?
Nie, w Norwegii nikt tak o was nie myśli. Poza tym zanim przenieśliśmy się z rodziną do Anglii, to spotkaliśmy wielu Polaków. Mało tego! Najlepszy przyjaciel mojego młodszego syna pochodził właśnie z waszego kraju. Norwegowie bardzo szanują Polaków i doceniają to, że jesteście pracowici. Tym bardziej, że u nas ta cecha zdaje się zanikać.
Naprawdę Norwegowie mają o nas tak dobre zdanie?
Polacy zachowują się tak, jak my 20 lat temu. Jesteście pracowici, chcecie się rozwijać, nie zadowalacie się tym, co macie. Teraz w mojej ojczyźnie ludzie są bogaci, wszystko przychodzi im łatwo, nie muszą się niczym martwić i to nas trochę rozleniwiło.
My, Polacy, wcale tak o sobie nie myślimy.
Bo wy lubicie mówić o sobie źle! Jesteście dumnym narodem, ale często brakuje wam pewności siebie. Zupełnie niepotrzebnie. Przecież jesteście normalnym europejskim krajem z wyjątkową kulturą. Przyjeżdżając tutaj, nie wiedziałem o Polakach zbyt dużo, jednak po roku wiem już sporo, między innymi o polskiej historii. Dzięki temu rozumiem wiele waszych zachowań, a przynajmniej tak mi się wydaje.
Dobrze, rozwijamy się w wielu dziedzinach, ale jeśli chodzi o piłkę nożną, ten postęp jest mniejszy, niż byśmy chcieli.
Tak jak powiedziałem wcześniej – za dużo narzekania, a za mało wiary w siebie. Ekstraklasa ma swoje wady, ale też i zalety. Z mojej perspektywy współpraca z polskimi piłkarzami to sama przyjemność. Gołym okiem widać u nich ambicję, chęć bycia lepszymi. Do tego naprawdę potrafią sobie narzucić sporą dyscyplinę.
Mówi pan o dyscyplinie, ale nie zawsze udaje się ją utrzymać. Chodzi nam o Marka Saganowskiego i jego tort.
Marek był po prostu bardzo szczęśliwy, że zdobył swoją setną bramkę w Ekstraklasie, i chciał to uczcić. Oczywiście, powinien to zrobić w inny sposób, zachowując się bardziej profesjonalnie. Rozmawiałem z nim o tym, i „Sagan” wie, że źle zrobił.
Posypały się kary?
Porozmawialiśmy. Każdy z nas jest tylko człowiekiem, każdy popełnia błędy. Poza tym są takie chwile w życiu, które warto uczcić. Dla Marka strzelenie setnego gola w ekstraklasie było jedną z nich.
Jakub Rzeźniczak też nie zachował się najlepiej. Nie powinien udostępniać filmu w internecie.
Dla mnie to nie jest problemem. Nie chcemy kombinować w ukryciu, chować się przed kibicami. Nie chodzi nam o stworzenie atmosfery konspiracji. Oczywiście chciałbym, żeby takie rzeczy się nie zdarzały, ale skoro już stało się,to co się stało, nie widzę problemu w tym, że ludzie to zobaczyli.
Ciekawi nas, co usłyszeli działacze Legii, kiedy zwrócili się do pana z propozycją pracy?
Że wybrali bardzo zły moment i raczej nic z tego nie będzie, bo jestem bardzo bliski objęcia posady trenera w jednym z norweskich klubów. Właśnie dopinaliśmy szczegóły kontraktu. Mimo to władze Legii poprosiły o rozmowę, a ja pomyślałem sobie „Czemu nie?” Przecież pogadać zawsze można”. Spotkaliśmy się i koniec końców trafiłem do Polski. Wiecie dlaczego?
Dlaczego?
Ponieważ po tylu latach życia w świecie futbolu wiedziałem, że najważniejsi są ludzie, z którymi pracujesz. Szefowie Legii przedstawili mi swoją wizję rozwoju klubu i zachwyciłem się tym, co usłyszałem. Okazało się, że moje wartości i sposób myślenia były takie same jak przedstawicieli klubu. Ponadto mogłem sprowadzić swój sztab szkoleniowy z Paco Arnesenem i Kazimierzem Sokołowskim na czele, dzięki czemu wszystko przychodziło łatwiej.
Czyli możemy powiedzieć, że w Blackburn Rovers pracowali z panem nieodpowiedni ludzie. Co tam się stało?
Pracowałem tam dwa miesiące…
Krótko.
No, krótko. Trafiłem tam w środku sezonu, zespół był w rozsypce, okienko transferowe było już zamknięte, więc nie mogłem do zespołu sprowadzić żadnego zawodnika. Oczekiwania wszystkich dookoła były ogromne, a warunki do pracy… cóż, nie najlepsze.
To znaczy?
Kiedy zwalniają cię z klubu po dwóch miesiącach, to właściwie nie wiesz, co się stało, o co właściwie tym ludziom chodziło. Po co w ogóle cię zatrudniali, skoro tak szybko się z tobą pożegnali? Widziałem w futbolu naprawdę wiele, grałem w dobrych klubach, spotykałem na swojej drodze wielu ludzi piłki i muszę powiedzieć, że z taką sytuacją, jak wtedy w Blackburn nie spotkałem się nigdy.
Ma pan złe doświadczenia z Blackburn. Nie obawiał się pan, że w Legii może być podobnie, skoro pański poprzednik Jan Urban stracił pracę, mimo że zdobył mistrzostwo Polski, a zespół był liderem ligi?
To była trudna decyzja, ale władze klubu miały swoje powody, aby ją podjąć. Na pewno na mnie spadła dodatkowa presja, bo jako obcokrajowiec zastąpiłem miejscowego trenera, który mógł się pochwalić dużymi sukcesami. Czułem ją i dalej czuję, ale nie przeszkadza mi w pracy. Poza tym piłka nożna to presja.
Działacze przyjęli pana normalnie, a piłkarze? Byli stremowani tym, że ma ich trenować zwycięzca Ligi Mistrzów?
Nie sądzę, by któryś z zawodników o tym myślał. Poza tym wydaje mi się, że młodzi piłkarze musieli mnie najpierw wygooglować. Pewnie po moim wejściu do szatni pomyśleli sobie „kurde kim jest ten gość”. A tak poważnie, uważam, że wszyscy zareagowali normalnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz